Etykieta, zwyczaje i tradycje żeglarskie

Tradycje i zwyczaje marynarskie są prawie tak stare, jak pierwsze statki zbudowane przez człowieka. Niestety najwcześniejsze pisemne przekazy dotyczące obyczajów marynarskich sięgają jedynie XV wieku i opisują dopiero wypłynięcie Kolumba w jego sławny rejs.

Okres szczególnego rozwoju kultury marynarskiej przypada na XVII-XIX wiek – czasy ogromnych galeonów, piratów oraz handlu między Starym i Nowym Światem. Właśnie po to, aby przybliżyć wam nieco styl życia dawnych, a także dzisiejszych marynarzy, ich specyficzne zwyczaje oraz etykietę żeglarską, stworzyliśmy ten dział magazynu. Życzymy przyjemnej i ciekawej lektury.

Psia wachta

Określenie “psia wachta” (oryginalnie ”dodge watch”, gdzie dodge oznacza ”wymykać się” lub ”wykręcać od obowiązku” lub od słowa docked – ”ograniczona”, ”skrócona”) tłumaczone jest jako wachta zmienna i pochodzi z niepotwierdzonego przekazu mającego swoje źródło we flocie angielskiej.

Ponoć kiedyś, pewien stary angielski kapitan, kiepsko władający piórem, zapisał słowo dog zamiast dodge w dzienniku okrętowym. Oficerowie bali się poprawić wytrawnego kapitana ze względu na jego choleryczny charakter i niewybredny sposób postępowania, więc sami zaczęli błędnie zapisywać nazwę. Zaczęto więc używać słowa ”dog” – pies, zamiast dodge, zaś sama wachta przyjęła miano – “psiej wachty”.

Psia wachta przypada zazwyczaj na godziny:
16.00-18.00 oraz 18.00-20.00.

Marynarze zwykli także nazywać “psią wachtą” lub tzw. “psiakiem” wachtę przypadającą na godziny od 24:00 do 04:00. (choć ta wachta bywa też nazywana inaczej, np. wachtą cmentarną)

Kości zostały rzucone

Gra w kości, niezwykle popularna wśród żeglarzy i marynarzy, nie była jedynie rozrywką, zdarzało się bowiem, że przyjmowała o wiele poważniejsze znaczenie. Grano o pieniądz. jedzenie innych towarzyszy, tygodniowy przydział rumu lub nawet o życie! Zdarzało się, że gdy kilku marynarzy zostało skazanych na śmierć podczas rejsu – a groźba zbyt poważnego zmniejszenia załogi nie pozwalała wykonać wyroku na wszystkich skazańcach – o tym, którzy z marynarzy mają umrzeć decydował wynik gry w kości. Żeglarze, którym udało się w taki sposób wymknąć spod wyroku najczęściej otrzymywali karę chłosty i często przez cały rejs musieli nosić obwiązaną wokół szyi linę.

kości do gry

Gwizdanie surowo karane

Gwizdanie na pokładzie jachtu, statku i okrętu było niegdyś zakazane i karane, gdyż wydawane polecenia i rozkazy były zazwyczaj sygnalizowane gwizdkiem. Taki sposób kierowania łodzią był wtedy znacznie łatwiejszy od krzyczenia, które nie sprawdzało się podczas sztormów, ani w ogniu walki. Wierzono także, że wiatr przynosi groźne dla statku burze. Za gwizdanie groziły surowe kary – popularne było przywiązywanie winowajcy tak, by spędził resztę dnia na rei masztu. Kary zdarzały się różne, zwłaszcza gdy wydający dyspozycję kapitan lub bosman mieli ochotę dać upust wyobraźni, albo okrucieństwu…

Gwizdanie było wskazane tylko w sytuacjach, gdy koniecznie trzeba było wywołać wiatr. Na wzór wikingów wierzono, że jeżeli podczas ciszy będzie się głośno gwizdać, to Thor – bóg pioruna, odpowie na sygnał i jego potężny oddech wypełni żagle.

Do dziś etykieta żeglarska wymaga, by na pokładzie nie gwizdano.

Grog dla zdrowia

Rosnąca w XVII wieku popularność rumu sprawiła, że to właśnie nim zastąpiono na okrętach Royal Navy dzienne racje piwa, wydzielane dotychczas marynarzom. Zastąpienie przydziału słabego i niejednokrotnie nadpsutego piwa połową pinty mocnego alkoholu miało jednak negatywny wpływ na dyscyplinę i wydajność pracy marynarzy. Pragnąc zapobiec pijaństwu na statkach, wiceadmirał Edward Vernon rozkazał w 1740 roku podawać dotychczasową porcję rumu zmieszaną z kwartą wody. Miało to zapobiec “chomikowaniu” przez marynarzy alkoholu, wypijanego później w większej ilości w celu upicia się, oraz skłonić ich do picia wody, która nie mogła być zbyt długo przechowywana w ładowniach, bo po pewnym czasie przestawała nadawać się do spożycia. Marynarze nazwali nowy trunek grogiem na cześć admirała, który nosił przezwisko Old Groge względu na swój nieodłączny sztormiak uszyty z grogramu. (Zobacz historię Old Groge)

Grog miał swoje znaczące plusy, zwłaszcza dzięki temu, że do tak rozcieńczonego rumu dodawano cukru i soku z limonek. Trunek zawierał dużo witaminy C, która chroniła marynarzy przed grożącym im na morzu szkorbutem (dobre było również wino). Dzięki racjom grodu załoga nie chorowała tak często jak to się zdarzało na innych statkach, na których podawano piwo lub whiskey – ten pozornie nieznaczący szczegół, jakim był rodzaj trunku ( z witaminą C lub bez niej), potrafił często zaważyć nawet na pomyślności wyprawy.

Grog

R.A. Austin, Imperial War Museum

Chrzest statku

ship 6

image credit: gettyimages

Tradycja uroczystego chrztu okrętów wywodzi się już ze starożytności, a pierwsze wzmianki na ten temat zostały zapisane pismem hieroglificznym przez starożytnych Egipcjan. Sam obrzęd służył głównie oczyszczeniu statku ze złych duchów i błogosławieństwu pomyślności. Często poświęcano statek przeróżnym bóstwom, by chroniły go przed nieszczęściami i wspomagały podczas podróży.

Statki chrzczono na różne sposoby, które najczęściej przypominały z charakteru ceremonie religijne. Grecy i Rzymianie do chrztu statku stosowali wino. Wikingowie używali krwi ludzkiej, którą później zastąpili krwią zwierzęcą. W obrzędach katolickich oblewano dziób statku wodą, co stanowiło jasne nawiązanie do chrztu człowieka.

Obyczaj rozbijania butelki szampana rozwinął się dosyć niedawno. Wprowadzili go Francuzi po rewolucji w 1789 r. dążąc do osłabienia wpływu religii i ”zeświecczenia” obrzędów katolickich.Aktualnie przy chrzcie statku stosuje się różnego rodzaju substancje. W Indiach na przykład rozbija się o burtę orzech kokosowy, z kolei w Danii o dziób statku rozbijana jest bryła lodu.

Chrztu statku dokonywała w starożytności kobieta. I z tej właśnie tradycji prawdopodobnie wykształcił się zwyczaj dotyczący,,matki chrzestnej”, który dopiero znacznie później rozwinął się o osobę ,,ojca chrzestnego”. Matkami statku zostawały zwykle panie z “towarzystwa”, kobiety ogólnie szanowane. Według tej tradycji załoga okrętu powinna utrzymywać kontakty z matką chrzestną, natomiast sama matka powinna pamiętać o tym, aby opiekować się “swoim” okrętem.

Nazwa statku

W starożytności (oraz w Renesansie) marynarze nadawali statkom morskim imiona żeńskie. Marynarze antyczni liczyli na to, że władca mórz, Neptun, będzie łaskawiej spoglądał na statki noszące kobiece imiona.

Bałtyccy rozbójnicy morscy, chcąc wzbudzać grozę, często nazwali swoje okręty “Śmierć” lub “Diabeł”.

W katolickiej Europie powszechne było nadawanie okrętom nazw pochodzących Biblii lub imion świętych. Krzysztof Kolumb wyruszył w rejs na żaglowcu “Santa Maria”, Zygmunt III Waza nazwał okręty polskiej floty “Anioł” i “Jonasz”, w bitwie pod Oliwą brały udział jednostki: “Arka Noego”, “Król Dawid” i “Święty Jerzy”.

908261 19575514

Wachta cmentarna

Wachta ta przypada na godziny od 24.00 do 04.00 w nocy, a więc na czas ,,cmentarnej” ciszy i ciemności. Bywa również nazywana “wachtą klejących się oczu”. Od zamykających się ze zmęczenia powiek marynarze chronili się poprzez posmarowanie ich tytoniem, który podrażniał oczy i orzeźwiał, pozwalając na uniknięcie kary za zaśnięcie na wachcie.

Chrzest równikowy

Chrzest równikowy był urządzany dla marynarzy, którzy po raz pierwszy przekroczyli równik. W czasie jego obchodów starsi marynarze przebierali się za Neptuna, Trytony, Diabły morskie, a nawet za Prozerpinę – żonę Neptuna. Chrzczeni majtkowie przechodzili szereg humorystycznych prób i zadań, aby w końcu zasłużyć na miano prawdziwych marynarzy.

Zapasy na desce

Zdarzało się, że spory między marynarzami rozstrzygano, pozwalając im po prostu się pobić, ale pod pewnym warunkiem – poróżnieni mieli stoczyć walkę na wystającej za burtę desce. Podobno przy ów pojedynkach stosowano często liny asekuracyjne, gdyż dzięki nim przegranego można było bez większego trudu wciągnąć z powrotem na pokład.

,,Pierwszy po Bogu'' obowiązująca etykieta żeglarska

Kapitan Titanika

Edward J. Smith, Titanic, źródło gettyimages

Kilka wieków temu kapitan statku bardzo często był równocześnie jego właścicielem,
nie miał nad sobą zwierzchników, nad nim był tylko Bóg.

Obecnie termin „Pierwszy po Bogu”, jest jedynie formą zwyczajową, ponieważ wiele spraw prowadzenia okrętu czy statku zostało uregulowanych poprzez liczne konwencje, prawa, regulaminy i przepisy, które dały dowódcy okrętu czy kapitanowi statku określoną, a więc ograniczoną władzę – dowódca okrętu przede wszystkim kieruje więc załogą, decyduje o żegludze i odpowiada za bezpieczeństwo okrętu i załogi.

Powszechnie przestrzegana jest tradycja nie zajmowania miejsca kapitana w mesie,
dotyczy to członków załogi i wszelkich gości. Nie zaczyna się posiłku bez kapitana.

Salutowanie banderą

W czasach, gdy na morzach królowały żaglowce,
pozdrawiano się opuszczeniem przednich żagli. Ten piękny, przyjacielski gest świadczył o tym, że nie miało się wobec napotkanych jednostek żadnych złych zamiarów, na dowód czego symbolicznie ograniczano swoją zdolność manewrową.
Zwyczaj pozdrawiania żaglami był jednak nieco kłopotliwy i po pewnym czasie ustąpił miejsca salutowaniu banderą. Mimo znacznego zwiększenia się liczby statków oraz jachtów, a także coraz doskonalszej radiokomunikacji obyczaj ten jeszcze nie wygasł, a jego kultywowanie ma po dziś dzień znaczenie wychowawcze. Salutowanie banderą zostało opisane
w regulaminie służby okrętowej i jest stosowane w marynarce wojennej każdego kraju.

Świst trapowy

Świst trapowy towarzyszy oficerom lub wysokim urzędnikom państwowym podczas wejścia na okręt. Tradycja  ta pochodzi jeszcze z epoki królowania wielkich żaglowców. Wówczas, kiedy okręty były w morzu, oficerów wciągano z szalupy na pokład okrętu. Podnoszono ich za pomocą specjalnego kosza lub fotela, według tempa (świstu), nadawanego przy pomocy bosmańskiego gwizdka. W późniejszym czasie kosze zostały zastąpione trapami, ustawianymi przy burtach.

Tradycja oddawania samego świstu utrzymała się do dzisiaj i jest po dziś dzień kultywowana we wszystkich flotach utrzymujących morskie zwyczaje. Wachtowy przy trapie rozpoczyna świst trapowy z chwilą wejścia oficera na trap i kończy wraz z jego wejściem na pokład okrętu.

Marynarskie pogrzeby

Ceremoniał pogrzebu morskiego stanowi jeden z najstarszych zwyczajów ludzi morza. Zawsze był on skrupulatnie przestrzegany.
Już u wikingów obowiązywał zwyczaj chowania w morzu zmarłych wodzów – nawet wówczas, kiedy umierali na lądzie. Zwłoki zatapiano wraz z najwspanialszą łodzią, wypełnioną bronią i przedmiotami osobistego użytku.
Pogrzeby marynarzy polegały zazwyczaj na wrzuceniu do wody ciała zmarłego. Stare obrazy i sztychy uwieczniają pogrzeb morski najczęściej w momencie przesuwania zwłok przez burtę. Z reguły zwłoki były zaszyte w płótno żeglarskie, często okryte flagą.
W wiekach od XVI do XIX przy pogrzebach ważniejszych osób obecni byli muszkieterzy oddający salut honorowy, trębacze i werbliści. Obecny był też kapelan lub kapitan odczytujący wersety z Biblii.

Jeszcze do niedawna wielu kapitanów statków, jak również dowódców, szło na dno wraz ze swoją jednostką, mimo że mieli szansę uratowania się. Czynili to świadomie, niekiedy z przywiązania do okrętu, niekiedy uniesieni honorem.

Święto Morza

Tradycja obchodów święta morza sięga przełomu XVIII wieku. Przy czym obrzędy te, podobnie jak rzucanie wianków, miały zawsze charakter ludowy, nigdy państwowy. Podkreślały jednak związek polskiej ludności z morzem.

Pomysł obchodów Święta Morza zrodził się w 1932 roku w Gdyni. Jego autorem był A. Wachowiak, który zaproponował, aby pod koniec czerwca każdego roku, uroczyście święcić kutry i łodzie rybackie. Jego inicjatywa przerodziła się później w obchodzone co roku uroczystości poświęcone morzu.

Spłacanie zdechłego konia

  Przed dłuższym rejsem żeglarz otrzymywał znaczną zaliczkę, była ona zazwyczaj równa jego miesięcznej płacy. Pieniądze te miały pozwolić mu na zakup potrzebnego ekwipunku. Marynarze jednak nie kupowali zazwyczaj potrzebnych im rzeczy, zamiast tego trwoniąc wszystkie otrzymane pieniądze w portowych lokalach jeszcze przed rozpoczęciem rejsu. Skutkiem tego w początkowym okresie pracy żalili się, że aktualnie wykonywane obowiązki nie przynoszą im żadnej korzyści. Mawiali wówczas że pracują na “zdechłego konia”. Zakończenie okresu spłacania zaliczki witano i obchodzono na statku bardzo radośnie:

zdechy-ko_1

W trakcie ostatniej doby pierwszego miesiąca spędzonego na morzu na żaglowcu padała komenda: “wszystkie ręce na pokład”. W ten sposób witano rozpoczęcie okresu wypłacania się zdechłego konia. Święto odbywało się następująco: najpierw zdechłego konia, którego zawczasu uszyto ze starych żagli, ciągnięto na linie po pokładzie od dziobu po rufę. Na rufie czekał już mistrz ceremonii noszący miano ”biednego staruszka” – był to zawsze najstarszy latami służby członek załogi. Za doprowadzenie zdechłego konia wypłacał on każdemu porcję rumu. Po obrzędowych toastach zdechłego konia wciągano na nok grotrei w rytm noszącej jego imię szanty (“The Dead Horse” – “Zdechły Koń” lub “Poor Old Man” – “Biedny Staruszek”). Gdy tylko zdechły koń dotknął łbem noku rei, najmłodszy żeglarz, siedzący na górze z nożem, przecinał linę, na której wisiała kukła, przez co koń spadał do wody i tonął.

W ten sposób kończył się okres spłacania zaliczki wziętej przed rozpoczęciem rejsu, ku wielkiej uciesze marynarzy, którzy nie musieli już pracować na spłacenie długu.